Na ratunek uchodźcom w Lankien

Sudan Południowy, najmłodszy kraj na świecie, znajduje się na rozdrożach po wybuchu walk między siłami rządu i opozycji w połowie grudnia 2013. Ze względu na eskalację przemocy między obiema stronami konfliktu, działalność pracowników humanitarnych jest bardzo utrudniona. Walki zmusiły setki tysięcy osób do opuszczenia miejsc zamieszkania, zostali oni pozbawieni jakichkolwiek środków do życia.

Bez tytułu

Czytaj dalej

Jeden dzień z życia świetlicy „Słoneczny Krąg”

Pospiesznie zmierzam między blokami w kierunku Ośrodka dla Cudzoziemców w Grupie, małej miejscowości w kujawsko – pomorskim, liczącej ok. 5 tys. mieszkańców. Jest godzina 8.40. W jednej ręce trzymam deskę do prasowania, w drugiej torbę z wypranymi sukienkami do tańca kaukaskiego. Okazały budynek rzuca się z daleka w oczy. Na terenie tzw. „osiedla wojskowego” blok ośrodka jako jedyny nie posiada kolorowej elewacji, jaką mogą poszczycić się budynki poszczególnych wspólnot mieszkaniowych. Różnobarwne są za to balkony, na których uchodźcy wieszają dosłownie wszystko – od prania, kołder po suszone ryby i mięso. Mieszkają tu głównie uchodźcy pochodzący z Kaukazu, ale byli także Syryjczycy i Ukraińcy.

Dzieci z w świetlicy „Słoneczny Krąg”, fot. PAH

Dzieci ze świetlicy „Słoneczny Krąg”, fot. PAH

Przy bramie witają mnie jak co dzień dzieci zmierzające do szkoły: „Dzień dobry pani Ania” oraz pytanie, jak mantra powtarzane, czy aby na pewno „sadzik sjegodnjia bydjet?”. Nie zdążyłam jeszcze odpowiedzieć, kiedy czuję jak jakaś ogolona na łyso mała istota przytula się do mnie. To Yasmina, którą mama zgodnie z obyczajem pozbawiła włosów, aby dziecko lepiej rosło. Dziś już ten widok nikogo nie dziwi.

Zajęcia rozpoczynają się o godzinie 9.00, ale dzieci natarczywie pukają w drzwi już wcześniej – tutaj nieliczni przestrzegają wyznaczonego czasu. Jeszcze tylko otwieram okna, aby wywietrzyć salę, układam zabawki na miejsce i można zaczynać. Pierwsza grupa dzieci, która pojawia się w świetlicy, to dzieci z „zerówki”. Po dwóch godzinach czas na przedszkolaki, od 13.00 przychodzą dzieci szkolne. W sumie do świetlicy zapisanych jest ok. 60 dzieci. Nigdy nie wiem, czy przychodząc do pracy zastanę ten sam stan liczebny. O tym, kto „ujechał” poinformują najwcześniej same dzieci lub pracownicy administracji i urzędu.

P1100456 (2)

Dzieci w świetlicy „Słoneczny Krąg”, fot. PAH

Ośmiogodzinny dzień pracy wypełniony jest zabawą z dziećmi, pomocą w odrabianiu zadań domowych, próbą nauczenia tabliczki mnożenia za pomocą liczmanów,  nauką chodzenia w parach, stosowania „czarodziejskich słów”, śpiewaniem piosenek (właśnie zbliża się Dzień Rodziny, więc pobrzmiewa „Familijny blues” oraz „Mama w kuchni”), nauką mycia rąk, porządkowaniem zabawek, powtórnego kserowania roli na przedstawienie, której należało nauczyć się na pamięć, bo „Imran zgubił kartkę proszę pani”, lepieniem z plasteliny, ciastoliny, masy solnej, przygotowaniami do konkursów różnorakich, klejeniem wachlarzy z plastikowych widelców na prezent dla mamy etc., etc., etc. A na koniec próba pokazu tanecznego na zbliżający się Światowy Dzień Uchodźcy. Jak zwykle Fatima się spóźnia, kogoś boli brzuch, komuś „muzyka nie podchodit”……..Głowa mi pęka od tego hałasu, bałaganu i zatłoczenia! Na koniec podchodzi do mnie Milana i nieśmiało wręcza laurki z serduszkiem – jedną dla pani Ani, drugą dla pani Ewy. Moją zmęczoną twarz rozświetla nieśmiały uśmiech. Bo dzieci uchodźcze są bardzo szczere. I bardzo dzielne. Często tak łatwo są oceniane i etykietowane przez innych jako niesforne i niegrzeczne. Zastanawiam się często, czy możemy wymagać od nich tego samego, co od dzieci polskich? Czy mieszkając w takim miejscu, jakim jest ośrodek, w nieustannym poczuciu tymczasowości, z niską znajomością języka polskiego bylibyśmy inni?

Anna Stramowska

Niezwykłe kobiety z Dębaka

Uchodźcy z Syrii napływali do Dębaka już wcześniej. Oczywiście największe nasilenie przyjazdów miało miejsce po wybuchu wojny.

W prowadzonym przez naszą Świetlicę PAH Klubie Kobiet, zaczęły pojawiać się kolejne beneficjentki. Kontakty zazwyczaj zaczynały się od przekazywania przez nas informacji, dotyczących udziału dzieci w zajęciach, a potem padały kolejne pytania, dotyczące życia w ośrodku dla cudzoziemców, sytuacji w Polsce, możliwości przetrwania ciężkich czasów w naszym kraju i wielu innych spraw.

Od przełomu 2012/2013 do dzisiaj przewinęło się przez nasz Klub Kobiet wiele ludzkich tragedii, nieszczęść, nadziei i wielkiej determinacji naszych podopiecznych m.in. z Syrii. Bardzo imponowało mi to, że w tak ciężkich chwilach i w zupełnie obcym dla siebie środowisku, nasze podopieczne z Syrii nie załamywały się, nie popadały w depresję czy apatię, nie czekały, co przyniesie im los, ale z godną podziwu odwagą i determinacją robiły dosłownie wszystko, aby ocalić swe rodziny, stworzyć dzieciom jak najlepsze warunki życia oraz zapewnić im minimalny komfort psychiczny i materialny. Jeżeli miewały chwile słabości, to wypłakiwały się nam, ale nigdy w obecności dzieci.

Uchodźczyni prezentuje ciasto upieczone podczas warsztatów kulinarnych. Fot. PAH.

W czasie kiedy mieszkały w Dębaku, stały się mi bardzo bliskie. Stale myślę o nich i bardzo przeżywam ich tragedie. Z niektórymi utrzymuję kontakt, chociaż nie mieszkają już w Dębaku. Pomimo prawie trzydziestoletniego stażu pracy z dziećmi i ich rodzicami i prawie dwudziestoletniego doświadczenia w pracy z uchodźcami (najpierw w szkole w Podkowie Leśnej, a teraz w Ośrodku dla Cudzoziemców w Dębaku), nie mogę zdobyć się na profesjonalny, emocjonalny dystans do pracy w Klubie Kobiet. Wiem jednak, że nasze wsparcie, rozmowa, pomoc była i jest im bardzo potrzebna.

Warsztaty kulinarne dla kobiet. Fot. PAH.

Warsztaty kulinarne dla kobiet. Fot. PAH.

Dobrym duchem naszego Klubu Kobiet była pewna beneficjentka z Damaszku, wykładowczyni uniwersytecka, niezwykle kulturalna i elegancka  sunnitka,  kobieta  sześćdziesięcioletnia, z ogromną klasą i erudycją, posługująca się przepięknym angielskim, przy tym bardzo religijna.  Wszyscy muzułmanie w Dębaku odnosili się do niej z wielkim szacunkiem. Do Polski trafiła z mężem, córki z rodzinami były już w Europie, natomiast dwóch dorosłych synów nie mogło wydostać się z Syrii. Z wielką godnością znosiła trudy i ograniczenia życia w ośrodku dla cudzoziemców. Nigdy się nie skarżyła, chociaż wiele razy widziałam łzy w jej oczach. Jest dla mnie przykładem tego, że w każdej chwili poukładane i dostatnie życie na wysokim poziomie może zamienić się w koszmar i że pozornie słaba kobieta może okazać się twarda i niezwyciężona. Bardzo ją podziwiam i chciałabym utrzymać kontakt.

Z wielkim sentymentem wspominam też nauczycielkę wychowania fizycznego  i prac ręcznych, również z Syrii. Miała czworo dzieci, dwoje uczęszczało do naszej Świetlicy PAH. Ona sama była stałą bywalczynią Klubu Kobiet oraz kobietą bardzo żywiołową, towarzyską i co tu dużo kryć – gadatliwą. Jedyną przeszkodą było to, że mówiła wyłącznie po arabsku. Niestety my z koleżanką nie znałyśmy tego języka, ale to nie stanowiło żadnej przeszkody dla naszej beneficjentki. Snuła swoje opowieści, a my starałyśmy się na różne sposoby podtrzymać rozmowę i jej dobry nastrój. Ona wiedziała, że my nie rozumiemy, ale starała się mówić wolno i wyraźnie, oczywiście po arabsku i uważała, że to wystarczy. Miała ogromną potrzebę wygadania się. Opowiadała nam róże dowcipy, oczywiście zaśmiewałyśmy się, wróżyła nam i przepowiadała przyszłość z fusów po kawie. My oczywiście dopowiadałyśmy swoje wersje po polsku, co też bywało bardzo zabawne. Trwało to godzinę lub dłużej przez wiele dni. Chociaż nie ukrywam, bywało to czasem męczące, to mam absolutną pewność, że naszej beneficjentce było to bardzo potrzebne i bardzo jej pomogłyśmy. Dla mnie jako filologa z wykształcenia, było to fantastycznym doświadczeniem językowym. Można przez godzinę być w pełnym kontakcie z rozmówcą, nadawca komunikatu ma pełną satysfakcję i wychodzi szczęśliwy, a ty odbiorco też masz rodzaj satysfakcji, może nie z powodu zrozumienia komunikatu, ale z rodzaju szczególnej interakcji.

Może celowo zestawiłam ze sobą te dwie historie. Jedną trochę patetyczną, a drugą surrealistyczną i absurdalną, bo obie one pokazują ludzkie losy w całej swojej różnorodności i dają nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Tego życzę moim beneficjentkom z Syrii, dzielnym i pięknym kobietom, moim przyjaciółkom and my sister Saba.

Janina Kmita-Juczkowicz – Koordynatorka Świetlicy PAH w Ośrodku dla Cudzoziemców w Dębaku.

Chcemy domu, domu na Święta!

Po dwóch godzinach jazdy autem wzdłuż wyspy Cebu, dotarłyśmy do miejsc, w które kilkanaście dni wcześniej uderzył potężny tajfun Haiyan. Zniszczeniu uległa północna część prowincji, wraz z przyległymi do niej wyspami. Mimo wczesnej godziny, podwórka były wypełnione ludźmi porządkującymi ruiny zabudowań i alejki między nimi.

Po kolejnej godzinie podróży statkiem z portu Hagnay, naszym oczom ukazała się wyspa Bantayan. Z daleka korony zniszczonych, powyginanych palm kokosowych, symbolu wakacyjnego raju, wyglądały jak scenografia do filmu z krajobrazem księżycowym. Po półtorej godziny dotarłyśmy na ląd wyspy. Bantayan znalazła się w samej źrenicy cyklonu. Należy do jednej z najbardziej zniszczonych wysp na Filipinach.

 W centrum gminy Bantayan[1], w budynku siedziby lokalnych władz, zorganizowano centrum kryzysowe. Biura oficjałów zostały zaadoptowane na tymczasowe „posterunki” organizacji działających w tym regionie. Wewnątrz kręciło się mnóstwo mężczyzn z identyfikatorami, a kobiety w nieczynnej toalecie przymierzały kolejne koszule wybrane ze ogromnej sterty ubrań. Pod budynkiem, na wystawionych tablicach znalazłyśmy dokładne informacje na temat udzielonej pomocy, z podziałem na wioski, liczbę rodzin i gospodarstw domowych. Była też mapka organizacji, które w celu zwiększenia efektywności niesionej pomocy „zaadaptowały” poszczególne barangaye tj. przyjęły je, jako miejsce koncentracji swoich działań. Nie ma tu miejsca na chaos. Wszystko jest pod ścisłą kontrolą burmistrza Bantayan, który wita nas z dumą. Otrzymujemy pakiet informacji o rozmiarze zniszczeń dokonanych przez tajfun Haiyan, lokalnie znanym jako Yolanda, w tym także listę zniszczonych szkół. Dowiadujemy się, że możemy objąć pomocą barangay Sungko, który jeszcze nie doczekał się uwagi ze strony międzynarodowych NGO. Zanim dokończyłyśmy zdanie o zakupie generatorów – był już pomysł na ich zagospodarowanie jako stacji do ładowania komórek dla mieszkańców, bo na wyspę nie wróciła jeszcze elektryczność. Wiele można się nauczyć od tak zorganizowanego sztabu. Mamy nadzieję, że jest to rutynowa opieka miejscowych władz, przygotowanych na podobne sytuacje, niesiona wszystkim niezależnie od wspieranych opcji politycznych.

  04_IMG_0237

Następnie jedziemy poznać rodzinę Janice – Filipinka, studentka amerykańskiej szkoły filmowej, której rodzina ucierpiała podczas tajfunu. Jej wujek wraz z bliskimi mieszka przy samym oceanie. Z trzech domów, jakie mieli, został tylko jeden – murowany. Pytamy o 8 listopada. „Zaczęło się całkiem niewinnie, jak typowy występujący w tym regionie huragan. Po pół godzinie, kiedy wielu z nas wydawało się, że jest po wszystkim, cyklon zakręcił koło i uderzył z dwukrotną siłą. To było jak tornado”. Z podziwianym przez nas spokojem opowiadają jak całą rodziną leżeli na podłodze, nasłuchując odgłos wiatru porywającego dachy. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że czegoś podobnego dotąd nie doświadczyli. Rodzina Janice mimo, że sama zmaga sie ze skutkami Yolandy, niesie pomoc biedniejszym regionom wyspy.

 10_IMG_0342

Po krótkiej rozmowie z naszą informatorką jedziemy na rekonesans. Po drodze zatrzymujemy się przy największej publicznej szkole w okolicy – Bantayan Central School, po której oprowadza nas jej dyrektorka. Mimo, że kilka klas zostało całkowicie zniszczonych, szkoła ma wielu zagranicznych sponsorów, którzy planują wysłać pomoc. Obok kilku zniszczonych budynków przechodzą schludnie ubrane dzieci z pełnymi plecakami, w klasach obok trwają lekcje. Pani dyrektor, ubrana w różowy mundurek, dużo mówi o pracy psychologów z dziećmi, traumie i powrocie do normalności. Z perspektywy wiemy, że ta szkoła miała wiele szczęścia. Parę kilometrów dalej tajfun wyrządził o wiele więcej szkód, doszczętnie rujnując beztroskie dzieciństwo wielu uczniów.

 

Zaraz potem jedziemy w głąb wyspy, do barangayu Sungko, który nie został jeszcze „zaadoptowany” przez międzynarodwe NGO. Najpierw krótka rozmowa z miejscowym kapitanem (szefem barangay), a potem rozmowa z mieszkańcami. Tu bieda wypisana jest w ludzkich spojrzeniach. Grupę kobiet szybko wypełnia gromadka bosych dzieci, zainteresowanych bardziej naszą obecnością niż samym przebiegiem rozmowy. Dzieci chyba najszybciej zaakceptowały nowy stan rzeczy. A może to zasługa ich wychowania w uśmiechu i dziękczynieniu…? Ich dziecięcy świat wysyła do naszego jedną prośbę: ”Chcemy domu, domu na Święta!”

Za parę dni, po wielu przygotowaniach rozpoczynamy dystrybucję materiałów budowlanych wśród mieszkańców barangay Sungko. Musimy się śpieszyć. Trzeba przecież by dom był gotowy na Święta!

Marysia Łukowska


[1] Wyspa Bantayan podzielona jest administracyjnie na 3 gminy: Bantayan, Santa Fe i Madijeros. Te z kolei dzielą się na najmiejsze jednostki podziału – barangaje.

Potrzeba solidarności | SOS Filipiny

W ciągu dwóch weekendowych dni na konto PAH wpłynęło ponad 270 tysięcy złotych na pomoc Filipińczykom, dotkniętym skutkami tajfunu Haiyan. Dziękuję wszystkim, którzy tak spontanicznie okazali swoją solidarność i ofiarność. Potrzeby na Filipnach są teraz ogromne.

Typhoon victims queue for free rice at a businessman's warehouse in Tacloban city, which was battered by Typhoon Haiyan, in central Philippines

Skutki tego tropikalnego cyklonu są niewyobrażalne. Prawie 12 milionów ludzi potrzebuje również naszej pomocy. Wstępne szacunki mówią o ponad 200 tysięcy zniszczonych domów. Życie w regionach zniszczonych przez cyklon porównuje się do życia w piekle. Czytaj dalej

Pomóż Filipińczykom, nie bądź obojętny

 

PAH apeluje o solidarność z 9,5 milionami osób dotkniętymi skutkami jednego
z najsilniejszych w historii tropikalnych tajfunów, który 8 listopada 2013 roku przeszedł przez 9 regionów Filipin, niszcząc wszystko na swojej drodze. Najpilniej potrzebne są woda, żywność, leki i inne artykuły pierwszej potrzeby.

REUTERS/Romeo Ranoco

REUTERS/Romeo Ranoco

Czytaj dalej

Czas założyć kamizelki kuloodporne

W ciągu dnia objeżdżamy kilka szkół w okolicy. W każdej z nich schroniło się od dziesięciu do dwudziestu rodzin a liczba dzieci jest taka, że spokojnie można zapełnić ławki w co najmniej jednej klasie. Tylko że szkoły od 2 lat nie ma. Rodzice nie spuszczą dzieci z zasięgu wzroku, gdy trwają bombardowania, a nauczycieli i tak nie ma. Wszyscy żyją wojną, dzieci też. W jednej ze szkół chłopaczek niewyglądający jeszcze na 10 lat wyznaje, że w szkole chciałby się uczyć historii rewolucji, a jak będzie duży chciałby zostać bojownikiem i walczyć przeciwko Assadowi. Dzieci tu zamiast piosenek o Czerwonym Kapturku śpiewają o tym, że Baszar to pies i musi odejść. Nie ma szkoły, więc żyją tym, czym żyje ulica. Problem w tym, że w zwycięstwo rewolucji tak gorąco wierzą już tylko dzieci. Minęły dwa lata. Potworne zniszczenia, które oglądamy za szybami karetki, wydają się odzwierciedlać spustoszenia, które wojna dokonała w sercach Syryjczyków. Spotykamy na swojej drodze masy ludzi zmęczonych wojną. Jedna matka zapytana o to, co stało się z jej domem i dlaczego tu jest, odwraca głowę kryjąc łzy. Czuję się podle, że musiałam zadać to pytanie.
IMG_3766_net

Czytaj dalej

Somalia Syndrom, czyli do Mogadiszu przez Nairobi

Po kilku tygodniach spędzonych w Somalii zaczynasz się zastanawiać, czy jeszcze pamiętasz jak wyglądają zielone drzewa i jakie to uczucie, kiedy możesz się wybrać na spacer. Weterani tego kraju twierdzą, że praca tutaj jest co prawda uzależniająca, ale już po 6 tygodniach stajesz się zombie. Siedzisz w pokoju, rozmawiasz na skypie, oglądasz filmy i marzysz o tym by wyjść poza ogrodzenie budynku.

jowle763

Somalia syndrom w praktyce oznacza, że po dłuższym pobycie w Somalii, gdy tylko wsiadasz do samolotu, aby udać się na chwile przerwy (szkolenie, urlop czy weekend), ogarnia cię absolutne szczęście, z którego aż wariujesz.

Po kilku tygodniach spędzonych w Somalii zaczynasz się zastanawiać, czy jeszcze pamiętasz jak wyglądają zielone drzewa i jakie to uczucie, kiedy możesz się wybrać na spacer. Weterani tego kraju twierdzą, że praca tutaj jest co prawda uzależniająca, ale już po 6 tygodniach stajesz się zombie. Siedzisz w pokoju, rozmawiasz na skypie, oglądasz filmy i marzysz o tym by wyjść poza ogrodzenie budynku.

jowle763

Somalia syndrom w praktyce oznacza, że po dłuższym pobycie w Somalii, gdy tylko wsiadasz do samolotu, aby udać się na chwile przerwy (szkolenie, urlop czy weekend), ogarnia cię absolutne szczęście, z którego aż wariujesz.

Czytaj dalej

19 sierpnia – Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej19th of August – World Humanitarian Day

19 sierpnia to jedna z najważniejszych dat w kalendarzach organizacji humanitarnych. Dziś w sposób szczególny doceniamy pracę tych, którzy działając w niebezpiecznych warunkach, w profesjonalny sposób niosą pomoc ludziom, których życie lub zdrowie są zagrożone.

Ile tak naprawdę wiemy o pracownikach humanitarnych?Jak wynika z naszych badań 50% Polaków myśli, że dla pracownika humanitarnego wykonywana praca to hobby, a nie zawód wymagający odpowiednich kwalifikacji. Co więcej, blisko 70% z nas sądzi, że pracownik humanitarny nie otrzymuje wynagrodzenia za swoją pracę, a działania gwiazd takich jak Angelina Jolie czy Bono to właśnie przykład pomocy humanitarnej. Lista stereotypów jest długa. Każdy ma inne wyobrażenie, co robimy na misjach.

projekt_demota copyNie, nie kopiemy studni łopatą. Nie zobaczycie w światowych mediach naszych zdjęć, jak rozdajemy cukierki dzieciom. Nie pracujemy na misjach, bo jesteśmy miłośnikami survivalu czy szaleńcami lubiącymi ryzyko i adrenalinę. Tym bardziej nie mamy ambicji zbawienia świata niczym superman.

Jeśli chcecie poznać naszą pracę od podszewki i przełamać stereotypy, jesteście w dobrym miejscu.

Zapraszamy do śledzenia bloga! Kolejny wpis prosto z Somalii już wkrótce!

Jeśli jest coś, o czym szczególnie chcecie przeczytać na naszym blogu, zostawcie nam pomysły w komentarzach.

Ekipa PAH

August 19th is one of the most important days in the calendar of humanitarian aid organizations. Today we commemorate sacrifice of humanitarian aid workers and pay respect to their lifesaving work, that they carry out around the world every day, often in difficult and dangerous circumstances, where others cannot or do not want to go.

Today we can think for a moment how much we know about humanitarian aid workers. According to our survey results 50% of Poles think that humanitarian work is a hobby rather than qualified profession. What’s more, 70% is convinced that humanitarian workers do not receive any salary for their work. The example of humanitarian work which people usually recall is what celebrities such as Angelina Jolie and Bono do. The list of stereotypes is impressive. It seems like everyone has different idea of what we really do on our missions.

projekt_demota copyNo, we don’t dig the wells with a spade. You will never see photos of us giving candies to African children in the international media. We are not humanitarian aid workers because we are fans of neither survival nor risk and adrenaline.  And for sure we don’t have ambition to save the world like a superman.

If you want to know our work inside out and break those stereotypes, it’s a right place for you.

We encourage you to follow our blog. The next post straight from Somalia coming soon.

If you have any idea what you want to read about on our blog, leave us a comment.

PAH Team